Poniżej prezentujemy wiersz jednego z mieszkańców Wapna. W sposób satyryczny opowiada on
o niezłomnych bohaterach, których na codzień spotykamy na ulicach Wapna.
Oj ciężkie jest me życie,
codziennie wstaję już o świcie.
Tak wcześnie wstać przecież muszę,
inaczej język na wiór wysuszę.
Od rana mam wielki ciąg i pragnienie,
bolesną suchość w gardle i rąk okropne drżenie.
Wychodzę z domu i pod sklepem staję,
czekając na jelenia drgawek dostaje.
Gdy kujawiaka piję w myślach łapczywie,
spoglądam przez szybę na rzędy butelek chciwie.
Jakiż tam wybór kształtów i kolorów mnóstwo,
jedna przez drugą wygląda jak bóstwo.
Są tam złociste i czerwono-krwiste,
najlepsze jednak są te przeźroczyste.
Och jak bym tak chwycił i do ust je przycisnął,
to bym do dna ten nektar wycisnął.
Ciągnąłbym bez wytchnienia jak piersi matczyne,
co wykarmiły kochaną kruszynę.
To był ogromny wysiłek dla matki,
dla tego dziś jestem przystojny i gładki.
Ja zawsze szanuję mamusi staranie,
i nie pozwolę na jej synka sponiewieranie.
Bym się zhańbił pracą i organizm wyniszczył,
ręce pobrudził i garnitur zniszczył.
Więc na krwiopijców pracować nie mogę,
lepiej wyciągnę dłoń po zapomogę.
A gdy mi stówkę wypłacą miłe panie,
kupię mamrota na drugie śniadanie.
Gdy rentę odbiorę to jest frajda taka,
wypijam żubra zamiast kujawiaka.
Mamy też w Wapnie zakątek uroczy,
co wszystkich jeleni mocno kuje w oczy.
Zbyszek jest przecież chłopak morowy,
bar nam otworzył gdzie pasły się krowy.
Rosną tam brzozy i liści słychać kołysanie,
czasem śpiew ptaków lub kogutów pianie.
Tam zbiera się co dzień gromada dostojników,
by się załapać choć na parę łyków.
Siedząc na belce snują rozważania,
skąd by wziąć forsę na coś do rozgrzania.
Dla czego inni kupują na co przyjdzie im ochota,
a oni nie mają nawet na mamrota.
Dla mnie zaś mamrot czasem jest złowrogi,
bo zamiast do głowy często wchodzi w nogi.
Likwidując rąk mych uciążliwe drżenie,
trzęsie me smukłe i chude siedzenie.
Ja też tam bywam tylko do jesieni,
gdy liście opadną trzeba lokal zmienić.
Kiedy kieszeń pusta i kompan jest goły,
trzeba się przenieść do Arka stodoły.
W prawdzie wiatr wieje przez płot ażurowy,
ale przynajmniej nie mokną nam głowy.
Kompan jak zawsze bardzo pomysłowy,
od wczesnego ranka rozpoczyna łowy.
I tak z za desek zaczyna filować,
któremu jeleniowi rogi wyprostować.
Trzeba mieć wyczucie by zadaniu sprostać,
można w tyłek z buta lub złotówkę dostać.
Można być dość hardym nawet napastliwym,
albo grzecznie prosić głosem upierdliwym.
Bardzo łatwym łupem przyznam to niestety,
są te co moherowe noszą berety.
Gdy słońce zachodzi i wieczór się zbliża,
jestem już radosny i tyłek się kiwa.
Na dziś już wystarczy trudu i wysiłku,
bo mi ten wysiłek siedzi mocno w tyłku.
Zbliżam się do domu czerwonym chodnikiem,
na wrednych przechodniów spoglądając bykiem.
W domu ja się rzucam na moje posłanie,
patrząc na sufitu dziwne kołysanie.
Sen gdy mnie dopada i głowa się kiwa ,
czasem mi się przyśni cała beczka piwa.
Sen mi się należy za mój los ubogi,
o świcie wstać muszę bo wyciągnę nogi.
Smakosz mamrota