W momencie świętowania 10 lat współpracy, pomiędzy powiatami lineburskim a wągrowieckim i przy
podpisywaniu nowej umowy partnerskiej w dniu 24 lipca br. w Wągrowcu, rzadko kto zdołał zauważyć,
iż najwcześniej w powiecie współpracę ze stroną niemiecką nawiązała gmina Wapno. Pierwsze
wzajemne kontakty miały miejsce już w roku 1996 i uczestniczyli w nich ze strony władz gminnych
ówczesny Przewodniczący Rady Gminy Leonard Przesławski oraz Wójt Gminy Andrzej Bąk. Następne
spotkanie kilkuosobowej delegacji władz gminy Wapno odbyło się w miesiącu sierpniu 1997 roku na
„Święcie Wrzosów” w Amelinghausen, na którym wyrażono wolę współpracy partnerskiej.
Dziś znowu, dwa kroki przed innymi gminami w powiecie, gmina Wapno od ponad już 2 lat utrzymuje
bardzo dobre stosunki z Anglikami z miejscowości Todmorden. Gościliśmy w Wapnie przedstawicieli
organizacji samorządowych i sportowców z tej miejscowości. Z kolei w Todmorden, zwiedzając przy
okazji Liverpool oraz Manchester – gościli nasi samorządowcy oraz sportowcy z klubu „Unia –
lechpol”. W ostatnim okresie przebywała tam również młodzież za Szkoły Podstawowej i Gimnazjum w
Wapnie.
Za tymi kontaktami, jakżeż by inaczej kryją się zawsze ludzie. Któż to taki sprawił, iż w Wapnie,
częściej niż gdzie indziej w powiecie rozbrzmiewa język angielski, a w surowej, wiktoriańskiej
Anglii, w miejscowości Todmorden - słowo „Polska” i „Wapno”, pobrzmiewa jakby swojsko?
Był rok 1981. William Okanga Ajwang przybył do Polski z Kenii, 2 tygodnie przed wybuchem stanu
wojennego. Za dobre wyniki w nauce otrzymał od państwa stypendium i zdecydował się podjąć studia
w Polsce. Zawsze chciał być lekarzem, lecz droga do tego celu była odległa. Najpierw w Studium
Języka Polskiego w Łodzi przeszedł 9-cio miesięczne przygotowanie do języka polskiego, gdzie
poznawał wraz z innymi przybyszami z różnych krajów afrykańskich podstawowe zwroty, które miały
im ułatwić w przyszłości studiowanie.
Trwał stan wojenny, nie wolno im było nigdzie wychodzić. Niektóre kraje wycofały swoich
studentów... On jednak zdecydował się pozostać. Podjął studia na Akademii Medycznej w Gdańsku.
Początki były trudne: inna kultura i... ten stosunek do „czarnych”. Trzeba było łamać utarte
stereotypy. Z czasem wszystko poszło w dobrym kierunku...Na 3 roku studiów poznał dziewczynę –
Polkę, która po jakimś czasie również podjęła tam studia stomatologiczne. Z Wiesławą było mu po
drodze, więc po ukończeniu przez Williama studiów postanowili się pobrać.
Pracował początkowo w jednym z gdańskich szpitali odbywając różne staże, a następnie w ramach
kolejnego stażu nastąpił wybór specjalizacji. Zaczął od ginekologii, jednakże gdy żona skończyła
studia stomatologiczne zaczęli się rozglądać za wspólną pracą. Przypadek sprawił, iż w 1992 roku
przybyli do Wapna - ZOZ w Wągrowcu poszukiwał lekarzy. Praktykował w wągrowieckim szpitalu, żona
pracowała w Ośrodku Zdrowia w Wapnie. Z czasem oboje wsiąknęli już w Wapno... Nie było łatwo:
inny kolor skóry, ludzie nie wiedzieli jak reagować na lekarza rodem z Kenii ale wspomnienia
generalnie są jednak miłe.
Pierwsze znajomości wtedy zawarte przetrwały do dnia dzisiejszego. Przyszły na świat dzieci,
synowie: Kevin, Edvin, Larry. Dorastali tutaj, zakorzeniając się coraz bardziej. Poradnia
Rodzinna prowadzona w Wapnie absorbowała bez reszty. Williama gnało jednak w świat... Jego żona
Wiesława mówi, że to niespokojny duch, nie umie usiedzieć w miejscu. On wiedział jednak swoje...
Chciał realizować swoje młodzieńcze marzenie: zostać lekarzem Organizacji Narodów Zjednoczonych
i leczyć biednych ludzi w Afryce. Zaczął jeździć na różne kursy i szkolenia pod egidą ONZ-u.
Poznawał nowych ludzi, nawiązywały się szczere znajomości, które miały procentować w przyszłości.
On w przeciwieństwie do żony bardzo łatwo nawiązuje nowe znajomości, wszystkich obdzielając swoim
szerokim uśmiechem i radością życia. Żona jest obserwatorem, musi z kimś zjeść beczkę soli, aby
go w pełni zaakceptować... W roku 2004 zdecydował się praktykować w różnych krajach. Było to
pokłosie raz już podjętej decyzji o współpracy z Organizacją Narodów Zjednoczonych. Te pół roku
rozstania z rodziną, oboje małżonkowie wspominają, jak najgorszy koszmar. Dorastający synowie
bardzo odczuwali brak ojca. Zdecydowali, iż odtąd będą już zawsze razem. Zdecydowali się też na
wyjazd do Anglii, gdzie dziś wraz z innymi kolegami – lekarzami, prowadzą własną klinikę.
W Wapnie pozostał dom, do którego jakżeż często wracają. Nie zapomnieli o Polsce, nie zapomnieli
o Wapnie i jego mieszkańcach. Wyjazd miał na pewno polepszyć ich byt materialny, jednakże
decydowały też względy rodzinne, takie, jak choroba matki w Kenii. Z Anglii codziennie odlatuje
kilka samolotów w tamtym kierunku a i o zastępstwo w pracy jest zdecydowanie łatwiej. Pobyty zaś
w samej Kenii, to powroty do dziecięcych często przyjaźni: „William, pamiętasz mnie... graliśmy
razem w piłkę” i wracały wspomnienia o rowerowych a jakżeż często i pieszych wyprawach, całymi
rodzinami na mecze.
Te sportowe geny dały o sobie znać i przełożyły się na synów. Żona Wiesława, ongiś zapalona
siatkarka i pływaczka „Astorii” Bydgoszcz, równie mocno, jak ojciec dopinguje synów w ich
zabawie w sport. Najmłodszy Larry uwielbia grać w piłkę, pasjonuje się też rugby, kibicując
starszemu z braci – Edvinowi, wielkiemu zwolennikowi tej właśnie dyscypliny sportu. Najstarszy,
Kevin – wychowanek wapieńskiej „Unii – lechpol”, to dziś reprezentant Polski do lat 19 –tu w
piłce nożnej. Głośna była swego czasu sprawa z jego powołaniem do reprezentacji Anglii,
gdy grając jeszcze jako pomocnik angielskiej drużyny „Burnley” odmówił federacji angielskiej,
gdyż on czuje się Polakiem i chce grać w tej właśnie reprezentacji. Dziś Kevin przebywa w Polsce,
jest uczniem SMS - u w Szamotułach i grywa w IV ligowej „Sparcie” Oborniki, gdzie jest
najmłodszym zawodnikiem.
Ojciec z dumą mówi, iż jego synowie czują się Polakami i Polska jest ważna dla jego
chłopców: „Człowiek, który zapomina o swoich korzeniach, nie ma przeszłości. Zawsze trzeba
ukorzeniać swoje dzieci. Tak, jak ja zawsze pamiętam o Kenii, tak chcę aby synowie utożsamiali
się z Polską...” Taki właśnie człowiek stał się ambasadorem Wapna... On: William Okanga Ajwang,
rodem z Kenii, w dalekiej Anglii myśli wraz ze swoją żoną Wiesławą, co może zrobić dla Polski i
dla Wapna, rodzinnej miejscowości swoich dzieci?
Miał już pewne doświadczenia związane ze swoimi kontaktami w Holandii, które zaowocowały
ściągnięciem swego czasu autobusu dla Wapna. Przez lata służył on społeczeństwu tej
miejscowości... W Anglii poznał sporo wspaniałych ludzi, którym zaproponował przyjazd do Wapna
w celach poznawczych. Dla nich Polska istniała tylko z telewizji, z geografią
było już zdecydowanie gorzej.
Przyjechał najpierw do Wapna z 3 kolegami, byli pod dużym wrażeniem. Postanowił utworzyć w
Todmorden - Polski Klub, grupujący sympatyków Polski. Polaków po otwarciu granic i decyzji rządu
angielskiego o wpuszczeniu ich do swego kraju, było w Todmorden wielu. Przychodzili, jakżeż
często do kliniki, wcale nie po to, aby się leczyć lecz... usłyszeć polską mowę Williama.
Przynosili mu swoje życiowe problemy... On czuł się jednak przede wszystkim lekarzem ciała a nie
duszy.
Na pierwsze zebranie założycielskie przyszło 60 osób i wszyscy byli na „tak” gdy idzie o
utworzenie Klubu. Został jego przewodniczącym i jest nim nadal. Zapraszają przedstawicieli
różnych organizacji, spotykają się z ludźmi z kręgu władzy, policji, opieki społecznej, ochrony
zdrowia - stali się w Todmorden znani. Członkowie tego klubu, to w większości Anglicy. Są otwarci na wzajemne kontakty, nie ma w
nich żadnej sztuczności. Polubili już nasz kraj ze swoich przyjazdów i zwiedzania jego ciekawych
zakątków. Wiedzą już, że są tu mile widziani a nawet oczekiwani. Jest wiele rzeczy, które już
łączą chociaż tak wiele jest jeszcze do zrobienia. William mówi, iż: ”... tych drzwi nie trzeba
już wyważać, one są już otwarte. On wiele już zrobił i wiele jeszcze uczyni, aby rozwijać dalej
współpracę pomiędzy Todmorden a Wapnem. Reszta zależy już od samych ludzi, którzy chcą służyć
tej idei...”
Zbigniew Grabowski