O miejscowości takiej jak Wapno mówi się, że to miejsce, gdzie wszyscy o wszystkich wiedzą
wszystko. I tak poniekąd jest. Ma to i plusy, i minusy. Brak anonimowości daje poczucie
bezpieczeństwa. Robi się jednak ciasno, gdy np. nie masz pracy, a twoja sąsiadka jak tylko cię
dorwie, z uporem maniaka wypytuje, nawet każdego dnia – jak tam, czy już coś masz, a właściwie
to dlaczego nie, bo inni przecież... i takie tam.
W chwilach, gdy tkwiłam w swoim pokoju, bo niewiele więcej miałam do roboty, marzyłam o
wyprowadzce. Gdzieś daleko, gdzie nikt nie będzie rozpoznawał mnie na ulicy i interesował się
moim życiem. Cóż... udało się. Znalazłam się kilkaset kilometrów od Wapna, w zupełnie nieznanym
mi mieście. Nowa praca, nowe wszystko. Inne spojrzenie, dystans, tęsknota.
Kiedy ktoś mnie pyta, gdzie jest to moje Wapno, odpowiadam z uśmiechem, że obok Podolina i
Srebrnej Góry. Nikt nie wie, więc wymieniam Rusiec. Kiedyś usłyszałam, że to chyba na końcu
świata. Nie zaprzeczyłam.
O Wapnie myślę dużo i często. Przypominam sobie historie, które – mam wrażenie – mogły wydarzyć
się tylko tam...
Moją koleżankę, jak to zwykle bywa, strasznie gonił termin oddania pracy magisterskiej.
Uzupełniane i drukowane w ostatniej chwili dzieło życia, miało następnego dnia znaleźć się na
uczelni. Zadanie okazało się niewykonalne. Usprawiedliwienie prawdziwe, choć chyba trudne do
przyjęcia – Nie było prądu...
A prądu nie było często i to z różnych przyczyn. Pewnego popołudnia wybrałam się na spacer z
kolegą. Kiedy wychodziliśmy było jeszcze spokojnie i w miarę widno. Aż tu nagle zerwał się silny
wiatr i pogasły wszystkie światła. Wpadliśmy, a właściwie zostaliśmy wepchnięci przez wichurę do
Baru Arka, a tam... Ludzie siedzieli sobie, jak gdyby nigdy nic, przy świeczkach, pili piwo i
palili papierosy – dzień jak co dzień. No to wzięliśmy sobie po dwa papierosy na sztuki, bo na
tyle nam starczyło i dołączyliśmy do towarzystwa. Po te papierosy to potrafiliśmy kilka razy
dziennie biegać. Jak pamiętam to po 20 gr. były, ku naszej radości najczęściej Spike’i.
A Bar Babuchy? Któż potrafiłby wyrazić słowami specyfikę i swojskość tego miejsca?...
Dobrą sławą cieszył się również tenże lokal prowadzony przez Nowego Właściciela. Jak mało kto
dbał, by każdy czuł się dobrze i, by nikomu niczego nie brakowało. Można było przynosić swój
prowiant i picie. Jak piwko w lokalu się kończyło, to gospodarz szedł do sklepu obok (notabene
do konkurencji) i przynosił kilka flaszek, które sprzedawał oczywiście za rozsądną cenę.
Znajomych zapraszam do Wapna od wielu lat. Lubię prowadzić ich nad kanał, na tory i czarną drogę.
Są urzeczeni. Stwierdzają, podobnie jak ja, że czas płynie tam znacznie wolniej i spokojniej,
jakby wyznaczał go i odmierzał, jakiś osobliwy porządek, a nie pośpiech i pęd niewiadomo za czym.
Moi goście dziwią się, że prawie wszystkich znam albo, że w barze każdy wita się podaniem ręki.
Nie ukrywam, że czasem trudno mi ich przekonać, że rozśpiewany i pełen animuszu pan to nie żaden
zawadiaka, tylko najwierniejszy kibic Wapieńskiej Unii.
Wielu z nas, w poszukiwaniu szczęśliwej odmiany losu, pouciekało w różne zakątki Polski i świata.
Myślę tu przede wszystkim o bliskich znajomych z czasów szkolnych i studenckich. Kiedy się
spotykamy zawsze znajdujemy wspólny język. Rozmawiamy, doradzamy, śmiejemy się. Rozumiemy się,
bo łączy nas coś szczególnego. Coś, czego brakuje mi kilkaset kilometrów od domu.
Dziewczyna z końca świata